Na "Autora widmo" czekali wszyscy: od fanów Romana Polańskiego, przez krytyków filmowych, po osoby, które patrzą na niego przez pryzmat wydarzeń sprzed lat. Umieszczenie reżysera w szwajcarskim Gstaad tylko podgrzało atmosferę wokół jego najnowszego filmu; notabene, pierwszego od przeciętnego "Olivera Twista".
Były premier Wielkiej Brytanii (Pierce Brosnan) angażuje autora widmo (Ewan McGregor), aby napisał w jego imieniu pamiętniki. Podczas pracy nad książką widmo odkrywa mroczne tajemnice i szybko zdaje sobie sprawę, że jest w niebezpieczeństwie.
Pierwsza godzina filmu nie zachwyca, momentami zdarzyło mi się zmrużyć oczy ze zmęczenia. Jednak później akcja nabiera zawrotnego tempa, jesteśmy dosłownie wciągani w wir historii. Puzzle, które powoli układa postać McGregora zaczynają wreszcie ciekawić i nie sposób oderwać się od ekranu.
Głównym atutem obrazu jest klimat budowany niesamowicie przez reżyserię i muzykę. Duet Polański i Desplat sprawdza się świetnie, co sprawia, że "Autor Widmo" jest tak niesamowity. Zdjęcia Pawła Edelmana, dobre w "Pianiście", nie są już tak oryginalne. Pojawiają się naturalnie sceny, w których ustawienie kamery jest idealne, ale w kontekście całego filmu to zbyt mało, by móc mówić chociażby o nominacjach do jakiejkolwiek ze światowych nagród.
Dobrze wypada Ewan McGregor - emanuje strachem i niepokojem. Jest bardzo przekonujący, niemal stworzony do tej roli. Brosnan nie wybija się specjalnie przed szereg, co nie oznacza, że nie pasuje jako premier Wielkiego Królestwa. To właściwie tylko spajająca historię postać, przyczyna całego zamieszania. Panie Williams i Cattrall nie tyle giną pod grą aktorską dwóch panów, co po prostu nie wywołują u widza specjalnych uczuć, ani ziębią, ani grzeją.
Rozwiązanie filmu wbija w fotel; ostatnie sceny to już majstersztyk. Symbolika latających kartek, podawanie informacji z rąk do rąk podczas bankietu… żeby zrozumieć, na czym polega idealność przytoczonych fragmentów – trzeba je zobaczyć. Do czego serdecznie zachęcam.
Nie wszyscy lubią thrillery. Niektórych znużyć może pierwsza połowa obrazu. Jeżeli jednak przetrwacie tę godzinę (może okazać się, że akurat Was zainteresuje), to dalsza część dzieła naszego rodaka w pełni zrekompensuje kilka ziewnięć.
Nie ma żadnej wątpliwości, że Roman Polański to, nie boję się tego wyrażenia, cenny skarb światowego kina. Dla mnie nie będzie już nigdy więcej tylko "panem Romanem". To mistrz w swoim fachu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz